piątek, 26 grudnia 2008

Pomocna dłoń (poprawka)

Jako facylitator, czy jako członek zespołu - nieważne - służyłam pomocną dłonią. Dziewczęta czuły się tak zagubione i nieporadne, że nie potrafiły wykonać prostych czynności na Bloggerze. Nie mówiąc o problemach z dodawaniem filmów, czy zdjęć (O.K. później sobie poradziły i same do tego doszły; z niewielką moją pomocą, ale mimo wszystko ich narzekania na to, jak bardzo im nie wychodzi praca z blogiem fascynowała mnie). Natomiast nieumiejętność justowania po prostu mnie przeraziła. To nie była rzecz, którą można było zostawić biegowi czasu; ponieważ dlatego, że dziewczyny nie umiały justować (zastanawiałam się, czy nie miały Worda w LO, czy jak :P), ja musiałam za nie poprawiać, by wygląd postów był jako taki, a nie 'chorągiewki' zamiast wpisów :P A to było może nie tyle męczące, co po prostu szkoda czasu, nawet tych kilku minut. Skoro mogły same to jednym kliknięciem uczynić. Prawda? Mało tego, może nie 'musiałam' to za nie poprawiać, ale nie mogłam patrzeć na to, jak posty są niewyjustowane (szczegóły, które mnie rażą).
Podobnie było (jak już nie należałam do grupy) z dodaniem posta, który miał być widoczny zawsze na wierzchu, na samej górze strony. Doradziłam [i tu padło imię dziewczyny, która prawdopodobnie - jak i reszta - nie chciałaby aby jej imię tutaj widniało, dlatego je usunęłam], że albo można to zrobić za pomocą zwykłego posta: opublikować taki, a następnie zmienić datę na 2010 rok i już mamy zagwarantowane, że teraźniejsze posty będą pod spodem tegoż z 2010 roku; albo można wykorzystać gadżet tekstowy i umieścić go na górze, nad postami; nad częścią ruchomą; ponieważ gadżety są stałymi elementami, niezmiennymi jeśli chodzi o daty, to też to zadziała. Ale jak właśnie patrzę na tę stronę, widzę, że nie wyjustowały znów :P Hm... Nauka poszła w las? Czy z czystego nierozgarnięcia :D Ciekawe...

Uaktualnienie 16.01.2009:

Oczywiście, dodanie posta, który zawsze byłby na wierzchu wymagało znajomości gadżetów lub odrobiny sprytu; aczkolwiek w moim przypadku było to tak, że po prostu grzebiąc w ustawieniach i opcjach natrafiłam na taki, czy inny gadżet, który automatycznie sprawdziłam; jego i jego zastosowanie na moim roboczym blogu, na którym zazwyczaj sprawdzam wszelakie nowe rzeczy. Może właśnie dzięki temu, wydaje mi się, że byłam w stanie pomóc dziewczętom, bo próbując do czegoś dojść, a z rezultacie samemu do tego czegoś dochodząc, człowiek więcej się uczy niż, gdy mu ktoś podyktuje formułkę... I dziewczyny z Wychowania również o tym świetnie wiedzą ;-)

Metoda

Jako facylitator miałam do dyspozycji tylko to, że wiedziałam na czym problem z nieudaną współpracą polegał, jak również to, że sama wiedziałam, czego się chwycić, by zadziałało. Bo tak naprawdę nie chodziło o pisanie postów. Tak naprawdę nie chodziło o to, by blog był zielony na wiosnę a biały na zimę... Projekt konstruktywistyczny służy po to, by nauczyć się współpracować z innymi.

Z racji tego, że ciężko się dogadać z ludźmi, którzy się wzajemnie 'gryzą' był barierą, z którą musiałam sobie jakoś poradzić. Mój facylitator zasugerował mi całkiem słuszne wyjście (z którego notabene korzystałam, zupełnie nieświadoma, iż jest to mianowane jakimś tam specjalnym terminem. Polskim odpowiednikiem byłoby 'rusztowanie', po szczebelku dochodzić i trafiać do ludzi, do których trafienie jest możliwe. Warto zaznaczyć, że - mając do czynienia nawet z takimi samymi osobowościami - do różnych ludzi różnie można trafić. Dla przykładu podam, że do jednej dziewczyny nie dało się przemówić. Ja nie potrafiłam. I cały kontakt się sypał.

Postanowiłam pójść za dobrą radą doświadczonego facylitatora. Rozmawiałam głównie z jedną z reprezentantek dziewczyn z Wychowania; ta natomiast miała przekazać którejś kolejnej dziewczynie i tak po sznurku. Znały się z zajęć, być może po zajęciach się przyjaźnią - nie wiem - wiem, że pomysł był niezły :-) I miał szansę zaistnieć, pod warunkiem, że sznureczek nie przerwałby się zbyt szybko. Jak już wspominałam do jednej dziewczyny nie dało się dotrzeć. Tłumacząc jej, jak należy wykonać harmonogram; co ma w nim być zamieszczone; w jakiej formie; czego unikać; czym się kierować; co zmienić; co wykorzystać - kiwała przykładnie głową, że O.K. Jak się później okazało, za plecami powyzywała mnie od (nie powiem czego), że nawet wyjaśnić nie umiem. Dodatkowo oskarżając, iż się rządzę, nic nie robiąc. Hm... Dosyć wielkie w rozmiarach to 'nic', jak na mój wcale nie skromny gust. No ale cóż. Nie wiem, jak reszta, ale ja mam tak, że jeśli ktoś mi przytakuje i kiwa główką na 'tak', to albo się ze mną zgadza, albo rozumie, co mu tłumaczę. I - może głupio - nie myślę w duchu 'może ona mnie wcale nie rozumie?'. Wychodzę bowiem z założenia, że ludzie, słuchający mnie, nie mają podstaw, by kłamać, czy ukrywać, że czegoś nie rozumieją. Dla mnie jest jasne: jeśli czegoś nie wiem - pytam.

Tu się jednak okazało inaczej. Po sznureczku powoli dziewczęta nabierały wprawy; jest to również spowodowane tym, że w końcu się - być może - dotarły. Trochę czasu minęło; ale kształtujący tak już mają, że docierają się niezwykle długo i są raczej zdolni do długotrwałego przedsięwzięcia czy projektu. Byliby wyśmienici. Tu: blog miał żyć najlepiej już dnia poprzedniego. A dziewczyny nie dość, że nie pracowały w grupie, to jeszcze się wzajemnie oskarżały o... no właśnie... o cokolwiek. I to również błąd.

Facylitator

Kim jest? Ułatwiaczem. Wszystko wiąże się z faktem, iż Pan Hojnacki nie miał zamiaru pomagać tym dziewczynom w ich projekcie i postanowił być tylko i wyłącznie ich wykładowcą, który da (lub nie) zaliczenie. Jego niechęć spowodowana jest licznymi błędami, karygodnymi, które popełniałyśmy. Jak łatwo kogoś do czegoś zniechęcić, to wiedzą tylko te dziewczyny (z własnego doświadczenia), ja - z doświadczenia ale i z obserwacji. Jak trudno kogoś przekonać, że warto w coś brnąć - też już wiem.

Mnie nie było trzeba specjalnie namawiać do tego, żeby pomóc tym dziewczynom, już jako osoba z zewnątrz, bo lubię pomagać i chciałam im ułatwić tę 'mordęgę' z projektem. Dziewczyny czuły się zagubione, załamane faktem, że "zawsze coś nie pasuje"; że "zawsze się czegoś [H.] doczepi". Ciężko było wyprowadzić je z błędu. Je, a właściwie jedną z dziewcząt. Ale udało mi się to. Dodając jej otuchy, byłam spokojna na kilka kolejnych dni, że sobie poradzą i śpią spokojnie. Do czasu aż wróciły z kolejnej rozmowy z ich domniemanym wrogiem i oprawcą.

Kolejna zmiana (poprawka)

Zmiana projektu; nasz Prowadzący zaproponował mi pewne rozwiązanie - zmianę mojego projektu. Miałam do wyboru kilka opcji (warto dodać, że wyszło to z inicjatywy poczciwego belfra, nie mojej), wybrałam jednak jedną - mój projekt miał polegać na facylitacji grupy, z którą poprzednio współpracowałam.

Pomysł ten wydawał mi się o tyle ciekawy, ponieważ lubię pomagać, a już miałam lepszy ogląd na bloga. Nie muszę wcale być w centrum, by pomóc (to jedna z ważniejszych rzeczy, które do mnie dotarły). Z jednej strony, mogę pomagać w cieniu; z drugiej, siedząc w cieniu, musiałam się liczyć z tym, że 'tak jakby' nic nie robiłam, bo nie ma tego na żadnym papierku...

Dodatkowo dziewczęta, 'wyrzuciły' mnie ze swojego projektu (czyli prawnie to mnie nie było tam w ogóle; a byłam, prawda). Zostałam na lodzie. Pomagałam im, miałam na celu pozyskać ich zaufanie, a one mnie bez skrupułów wywaliły. Przykre. Zwłaszcza, że moja wiedza na temat rozumienia istoty projektu przyczyniła się do ich zaliczenia i postępów w pracy. I nie mówię tu tylko o wspieraniu duchowym, czy pomocy technicznej, ale nie raz na przeniknięciu do ich umysłów i przedstawieniu im mojej wizji tego, co H. chciał przedstawić i co zapewne przedstawił, a one nie pojęły. Nawet nie mówię o tym, że większość za nie zrobiłam, bo z początku tak było, później pracowały na swój rachunek, ale mimo wszystko - to się nie liczy. Sprawdzi to kto?

Zaktualizowane dnia: 16.01.2009:

Pisząc, iż dziewczęta mnie wyrzuciły, miałam na myśli oczywiście to, że odebrały mi prawa autorskie do umieszczania i edytowania bloga, które nadał mi prowadzący (im również je nadał). natomiast, po moim odejściu z grupy projektowej, po prostu usunęły mnie z autorów Bloga. Nie mogłam już edytować postów, ani zamieszczać tychże, ponieważ nie miałam już uprawnień.

Miałam na celu pozyskać ich zaufanie (już jako facylitator), ale sam fakt iż usunęły mnie z listy autorów bloga świadczy o tym, iż nie udało mi się pozyskać tego zaufania. Co do wiedzy na temat istoty projektu, to dziewczyny wiedziały być może, o co chodzi, ale żadna z nich mi o tym nie poweidziała, a keidy ja mówiłam, o co chodzi, to uważnie słuchały. Jak mogłam sądzić, że wiedzą, skoro nie mówiły tego otwarcie... Moja wizja tego, co prowadzący miał na myśli oczywiście nie zawsze się pokrywała z tym, co rzeczywiście miał na myśli. Natomiast częściej się zgadzało, niż nie. Ale teraz to i tak już nieistotne, wprawdzie. Jedna z dziewczyn zarzuciła mi, że mapka , którą dodałam na blogu - wymieniając ją jako moją pomoc techniczną - była nie taka jak powinna, a później one - nie ja - oberwały za nią.

Jeszcze gorzej (poprawka)

A już myślałam, że to ja popełniłam największy błąd, jakiego można się dopuścić... Lecz jedna dziewczyna zrobiła coś gorszego. Plagiat! Rzecz, która jest oszustwem. Nie lubię plagiatów. Mało tego, nie toleruję ich. Jak można się podszyć za kogoś? A co gorsza, przypisywać sobie czyjeś zasługi. W tym wszystkim jednak ważne jest to, że dziewczyna ta naruszyła tzw. Netykietę zupełnie nieświadomie. Po prostu zobaczyła artykuł i pomyślała 'o, fajne na bloga' i umieściła; nie podając źródła, z którego korzystała. Projekty uczą nas nie kopiować czyjegoś dzieła, ale stwarzać swoje własne. [Tutaj widniało imię dziewczyny] o tym nie wiedziała. Nie była świadoma.

Zaktualizowane dnia: 16.01.2009:

Dziewczyna, która nieświadomie dopuściła się plagiatu, nie życzyła sobie umieszczenia jej imienia na tym blogu. Zatem usunęłam jej imię. Warto zauważyć, że zaznaczyłam, iż popełniła błąd nieświadomie. Sam plagiat jest czymś niechwalebnym, ale błąd jednej z członkiń z zespołu nie powinien zaważyć na jej negatywnej ocenie. Nie oceniam jej postawy, tylko faktu dopuszczenia się plagiatu. mało tego, gdybym to była ja, również bym o tym napisała. To oczywiste. I znowu czegoś nowego się nauczyłyśmy. Korzystając z czyjegoś dzieła, winno się podać źródło, z którego się zaczerpnęło wiedzę, w innym wypadku można podejrzewać, że post stworzony przez nas jest naszego autorstwa.

Zaktualizowane dnia 17.01.2009

Przez pomyłkę początkowo użyłam imienia dziewczyny, która nie była autorką błędnie napisanego posta (plagiat?) , a w sprostowaniu napisałam, że ta dziewczyna nie życzy sobie, by jej imię tu było widoczne. Nie ona jednak popełniła błąd. Pisząc, że sobie tego nie życzy, nie zwróciłam uwagi na to, że mówiła ona o swojej koleżance, nie o sobie. Natomiast, było już za późno. Dlatego TO sprostowanie. Ale to zagmatwane. W każdym razie proszę mi wybaczyć popełnione błędy i niedociągnięcia.

Szczegóły (poprawka)

Jak się okazało (oczywiście po czasie, ale kto z nas nie lubi się uczyć na błędach? ja lubię; poważnie - o tym może innym razem) szczegóły bardziej się liczą, niż myślałam na początku. Jako Oceniacz (osobowość, która wyklarowała się wypełniając ankietę) jestem bardzo wrażliwa na punkcie szczegółów właśnie, a i zawsze się ich czepiam :P. I jak sięgam pamięcią do przeszłości, to przecież nic innego, ale zawsze mam jakieś 'ale'. Dotąd tłumaczyłam to mianem, które sobie przypisywałam: idealista. Wszystko musi być po mojej myśli; tak, jak sobie postanowię; tak, jak być powinno i jak jest najlepiej - wg mnie oczywiście. Nie oznacza to wcale, że nie liczę się z opiniami innych osób; cenię ich zdanie, naprawdę i liczę się z nim. Jednakże trudno mnie czymś zadowolić. Jestem wymagającym odbiorcą i wiem, że ciężko sprostać moim oczekiwaniom. Dotąd myślałam, że to 'zawdzięczam' tej cesze; że taka jest moja natura po prostu. A - dzięki tej ankiecie - dowiedziałam się (i chyba przyjęłam do wiadomości, akceptując jej wynik) i wiem, że po prostu taką jestem osobowością, jeśli chodzi o pracę w grupie (jak już wspominałam wcześniej, grupa jednoosobowa również jest grupą, zatem sprawa Oceniacza tyczy się każdej dziedziny życia).
Szczegóły... Mowa o szczegółach, ale o jakich? Np. zdjęcie (specjalnie nie zmieniałam) widniejące na górze po lewej stronie; wg Mistrza (przepraszam, wiem, że nie-mistrz, o tym też później ;]) nie jest dobre.

[aktualizacja: 14.01.09 zdjęcie usunęłam ze względu na anonimowość mojego projektu; po cóż się chwalić czymś, co nie jest godne pochwały? Niemniej jednak, komentarz zostawiam.]

Wg jakichś tam wytycznych zdjęcie to [które usunęłam] mówi o tym, że jestem osobą nieszczerą, fałszywą i ukrywającą coś. Twarz zwrócona ku lewej stronie kadru = osoba wychodząca; uciekająca; opuszczająca kadr. Mało tego, włosy opadające na twarz sugerują, iż czegoś się wstydzę [?], coś ma do ukrycia i mam nieszczere intencje (szczegół, o którym nawet mi nie przyszło do głowy, żeby był szczegółem ważnym; po prostu to zdjęcie mi się dobrze kojarzy i lubię je. A zostało one ocenione za to, jakie jest, a nie za to, co dla mnie znaczy i z czym się wiąże.
Mało tego, uśmiech, który tak bardzo mi się podobał z pewnych względów, nie jest uśmiechem szczerym. "[;" -> ten odwrócony uśmiech, który po prostu mi się podoba dlatego, że jest inny niż wszystkie pospolite uśmiechy; jest inny; osobliwy. Ale co się dzieje: odebrany został jako nieszczery. Bardzo nie lubię, jak mi ktoś zarzuca bezpodstawnie cokolwiek, a już na pewno nieszczerość. Ukłuło mnie to; przemyślałam jednak tę kwestię i dotarło do mnie, że nie ja mam rację. Znów nie ja :P Ale, gdybym zawsze miała rację, to projekt i wszystko związane z moim życiem byłoby nudne. W myśl "tylko głupcy nie mylą się nigdy" ta perspektywa; perspektywa mojego ciągłego operowania błędnymi metodami, pomysłami, sposobami wyrażania siebie; generalnie jest pozytywna w skutkach. Ja się uczę, kształcę, nabywam doświadczenia i ciekawych możliwości.

Słowa, znaki interpunkcyjne, wielkie litery są nie mniej ważne niż cała reszta i treść. Jak podają badania (wiem, powinnam przytoczyć, jakie badania, ale nie zanotowałam; a procentowego diagramu nie pamiętam doskonale) słowa nie są najważniejsze podczas komunikacji werbalnej. liczy się głównie ton głosu czy mowa ciała. W Sieci nie ma czegoś takiego (poza Second Life, ale nie o tym mówię), zatem słowa (i wszystko co z nimi związane: interpunkcja, akapity, szyk zdania, itp.) są niesamowicie ważne, bo zastępują całą resztę. Tonu głosu nie można odczytać, ale do tego służy wykrzyknik, czy trzykropek lub - modne ostatnimy czasy - emotikony, wyrażające nasze rzeczywiste uczucia, animując je na monitorze. Należy uważać, by odbiorca zrozumiał nasze intencje prawidłowo, a nie zawsze jest to takie oczywiste.

Dobry pomysł

Okazuje się, że prowadzenie bloga, to nie tylko pisanie postów co jakiś czas (a najlepiej codziennie), a również jakość tychże. To się wydaje oczywiste, żeby nie zamieszczać rzeczy niepożądanych, czy zbędnych; jednak trudno jest trafić do potencjalnego, pospolitego Klikacza w Internecie, by blog się jemu spodobał. Pisanie bloga, to jakaś zwięzła całość, harmonia, cel. Tego w naszym projekcie nie było. Nie było tego, bo nie było punktu zaczepnego - dobrego pomysłu. Były pomysły, owszem, ale okazywały się być pomysłami, które szybko spotkały się z dezaprobatą.
Dodatkowo mój 'genialny' pomysł na postawienie sobie pytania, czego od nas chcą, skoro w poprzedniej kadencji było mniej, o wiele mnie postów. Nie jednak ilość się liczy, a jakość. Moje wylicznie, ile to było postów w ubiegłym roku akademickim [2008 (108), listopad (7), październik (14), lipiec (3), czerwiec (1), maj (12), kwiecień (47), marzec(15), luty (9)] było chyba jednym z najgorszych pomysłów! Zamiast wziąć pod uwagę, że 'jest już lepiej, choć nadal nie tak, jak powinno' (i zabrać się za selsekcję pomysłów postów), to zaatakowałam chyba największego sojusznika - Ojca Bloga. Założyciela zarówno tego oficjalnego bloga, jak i nieoficjalnego, którego byłysmy redaktorkami. Pisząc: "Czy błędem jest ów post? Myślę, że nie." - myliłam się. I to bardzo. Dziś wiem, że był to co najmniej zły pomysł; zły, a nawet fatalny! Post ten traktuję jako jeden z większych błędów popełnionych na blogu. I to mojego autorstwa. Teraz mi głupio... Ale na błędach się uczymy, prawda? Cóż z tego, skoro "mądry Polak po szkodzie"? Z drugiej strony, "lepiej późno niż wcale [się opamiętać]"? Ciężko wyważyć.

Kontrakt (poprawka)

Podstawowym dokumentem, z którym przyszło nam się zmierzyć był kontrakt. Żadna z nas nie wiedziała, jak należy go wypełnić, a Prowadzący nie miał zamiaru nam tego ułatwić, dyktując, co należy wpisać. Jak sam twierdzi (powtarzając za Eintsteinem) nigdy nie uczy swoich uczniów; próbuje tworzyć warunki, w których się mogą uczyć. I niejednokrotnie na zajęciach powtarzał, że nie jest po to, by nas uczyć, lecz by pozwolić nam się uczyć. Mało tego, odbiegał od standardowych i powszechnie przyjmowanych dogmatów na temat uczenia na podstawie relacja: uczeń-nauczyciel. Stawiał raczej sytuację: człowiek-człowiek. O ile łatwiej? A o ile trudniej się przełamać? Najtrudniej zmienić przyzwyczajenia...
Wracając jednak do kontraktu, nie potrafiłyśmy go wypełnić, ponieważ osobowości koleżanek w Wychowania się zazębiały, a ja nie byłam w stanie wszystkiego nadrobić. A miałam ochotę; później zrozumiałam, że to był nie najlepszy pomysł. I tak juz wiele mi zawdzięczają, a projekt grupowy jest projektem grupowym.
Nie był dobrym pomysłem, ponieważ projekt grupowy jest projektem grupowym, zatem polegającym na współpracy i zaufaniu do członków zespołu. Odnoszę wrażenie, że ani dziewczęta do końca nie ufały mi, ani ja do końca im. Natomiast, i tak nauczyłyśmy się od siebie wiele, począwszy od współpracy z obcymi dla siebie zupełnie osobami; poprzez trudne osobowości (nie przeczę, że osobowość Oceniacza, którą reprezentowałam ja, jest trudna we współpracy. Inaczej: niekiedy współpraca owocuje niemal natychmiastowo, niekiedy jednak bardzo ciężko jest się dogadać); a skończywszy na tym, iż poznałyśmy i doświadczyłyśmy wielu ciekawych doznań, a na końcu - i temu nikt nie zaprzeczy - dziewczęta odczuły niesamowitą dumę i satysfakcję z wykonanego projektu.

Zaktualizowane dnia 16.01.2009

Projekt GRUPOWY

Projekt ten ma na celu głównie pracę w grupie (i nawet jeśli pracuje się samemu, to praca w grupie jest nieodłączną częścią każdego planu, każdego projektu, każdego projektu grupowego - ale o tym innym razem). Grupa z którą mi przyszło współpracować nie była grupą łatwą. Piszę 'przyszło mi', a nie 'przyszło nam', ponieważ mogę się do tego odnieść głównie z własnego punktu widzenia.

Projekt miałby wtedy pożądane efekty, gdyby wszystko było zaplanowane, terminy dotrzymywane, dokumenty podpisane na czas, osobowości grupy zróżnicowane, cele wyznaczone, ewentualne problemy rozwiązywane, a nie pomijane. Nasza grupa niestety (albo i stety) nie spełniła żadnych z tych wyżej wymienionych przeze mnie czynników, wyznaczników udanego projektu grupowego, toteż projekt stymulacji i animacji bloga nie mógł wypalić. W środowisku TI nie ma cudów, jest tylko (współ)praca i umiejętność komunikacji międzyludzkiej.

Dziewczęta reprezentowały podobne osobowości. I o ile można było brać pod uwagę dwa wyniki ankiety, o tyle wyniki dziewcząt się pokrywały lub zazębiały (każda z nich miała albo 'kształtującego', albo 'pracownika zespołowego', jedna dziewczyna miała 'oceniacza', ale była wyjątkowo niespragniona współpracy z innymi). A są to osobowości dosyć ciężkie do współpracy. Inaczej: bardzo dobrze się z takimi osobowościami współpracuje, ale zanim się zgrają i wyczują siebie, może minąć zbyt dużo czasu (zresztą świetnym przykładem jest to, że już niedługo koniec semestru, a one niedawno całkiem doprowadziły projekt ku końcowi i otrzymały zaliczenie, mimo iż były święcie przekonane, że przyjdzie im powtarzać semestr). Długo się dziewczyny docierały, ale się dotarły.

Pierwsze kroki w nowym blogu (poprawka)

Pierwszym postem nowego bloga był filmik z kilkoma spośród członkiń Redakcji, co już wywołało 'ruch' na blogu. Jednak nie do końca... Posty powstawały, a i owszem, ale jakieś takie chaotyczne... Niepoukładane, niespójne. Każda dzewczyna (łącznie ze mną) dodawała coś innego; coś, co nie miało związku z resztą. Powstała więc idea zamieszczania czegoś regularnie. I pomysł wydawałs ię zupełnie dobry, lecz z czasem okazało się, że brak harmonogramu ściśle określonego, powodował nieład w naszej pracy. Zatem, po pewnym pogrupowaniu każda z nas miała TEORETYCZNIE jakąś rolę, jednak nie spełniałyśmy się i w tym. Mało tego niektóre z początku uznane przez nas pomysły za całkiem dobre spotkały się z nieprzyjemnym odbiorem Czytelników (mimo iż było ich niewielu).

Zaktualizowane dnia 16.01.2009

Krytyka (poprawka)

Dziewczęta z Wychowania bardzo kiepsko przyjmowały krytykę starszych kolegów i czytelników bloga. Dodatkowo, zamiast czerpać korzyści ze słów krytyki, zaczynały się sprzeczać, tym samym zniechęcając nie tylko samego oponenta, ale i całą rzeszę tych, którzy potencjalnie mogli wejść na blog, a widząc jakąś kłótnię pomiędzy redakcją a czytelnikiem, wyjść równie szybko jak wszedł.

Było to co najmniej nieprzemyślane, a warto dodać, iż - jeśli mowa o blogu - to słowa mają zdecydowanie ogromną wagę i liczą się bardziej od gestów, bo tychże nie ma w istocie. Dziewczęta krytykę traktowały jako coś złego, jak ataki, a przecież w tym właśnie sęk, że krytyka i wykrycie błędów może spowodować ich usunięcie, wyeliminowanie. Nie pisząc o tym, że popełniono błąd można spodziewać się pominięcia jego; a przecież nikt nie chce, żeby jego portal zawierał błędy. I czy to myślowe, czy ortograficzne - nieważne - błędy to błędy i należy je unicestwiać, biorąc w swe ręce fakt, iż wskazując komuś błąd nie pokazujemy wcale, że jesteśmy od niego lepsi, ale pomagamy jemu w byciu lepszym :-) Dziewczyny się tego długo uczyły zanim wyjaśniłam im Długo się tego uczyłyśmy, zanim dotarło do nas, że tak naprawdę nie chodzi o to, że ktoś nam chce dokuczyć, ale pomóc. Mało tego, powinno się jednoczyć ludzi, a nie odpowiadać atakiem na nie-atak. I tego również się nauczyłyśmy.

Zaktualizowane dnia 16.01.2009

czwartek, 25 grudnia 2008

Dwie specjalności

Postanowiłam podjąć się animowania bloga. Reszta proponowanych tematów jakoś do mnie nie przemawiała (choć muszę przyznać, że e-portfolio jak i second-life przyciągnęły moją uwagę, natomiast działać i wybierać temat było trzeba prędko, toteż wzięłam blog. Mało tego, był to Blog Kolegium. Jak się później okazało, nie tak łatwo prowadzić bloga, który miał zostać serwisem społecznościowym, ale o tym jeszcze nie wiedziałam ;) I nikt na początku nie spodziewał się - że niezależnie od rodzaju projektu - w sumie chodzi o jedno ważne zjawisko (ale nie zdradzę na razie, o jakie).

Prowadzenie bloga wydawało mi się czymś, z czym mogę sobie poradzić, mimo iż nigdy nie prowadziłam oficjalnie żadnego, aczkolwiek chętnie chciałam się nauczyć - i pewnie dlatego wybór był taki a nie inny. Dodatkowo słowa Prowadzącego: "chce Pani prowadzić bloga? No, ja widzę, że Pani chce" może nie tyle mnie przekonały, co potwierdziły moją chęć do tego przedsięwzięcia i rozwiały wątpliwości, które jednak gdzieś tam w mojej głowie się roiły. Skoro było po mnie widać, że chcę, to dlaczego miałabym znowu z czegoś zrezygnować, prawda? I zaczęło się.

Nie miałam jeszcze żadnych planów, ale cieszyłam się, że zacznę (znowu) robić coś, co może komuś sprawić radość, czy zadowolenie; mimo iż nie miałam zielonego pojęcia JAK prowadzić takiego bloga...
Niebawem się okazało, że w zamyśle Prowadzącego było prowadzenie bloga przez studentki innej specjalizacji: Nauczania Początkowego. Poprzedniczki - jak się okazało później podczas jednej z rozmów z Prowadzącym - będące na specjalizacji: Język Polski prowadziły blog "pod siebie i swoją specjalność". Mówiąc wprost: na blogu było bardzo dużo sztuki, języka polskiego, literatury. Portal społecznościowy dla każdego? No właśnie... Nie dla każdego, ale dla każdego polonisty... Pan H. chciał uniknąć tegoż samego błędu, zakładając, że studentki z Nauczania mają szersze spojrzenie na całość, na to, co robią, ponieważ praca z dziećmi (czyli ich przyszły zawód) wymaga tegoż właśnie głębokiego spojrzenia na - generalnie - wszystko.

Problem

Zjawisko problemu zmieniło dla niektórych znaczenie, bowiem problem nie jest czymś, co się przyjęło powszechnie mianować problemem. Problem jest czymś, co pozwala nam się kształcić. Problem to zarówno pytanie, zagadka, niewiadoma, zadanie. Projekty konstruktywistyczne nie mają na celu stwarzać problemów (z myślą, iż problem, to coś złego), ale stawiać problemy, zadawać sobie je (w postaci: 'co by było, gdyby?'). Stawiać pytania, zadania, doskonalić się w ich rozwiązywaniu, analizować ich przebieg, jak i wreszcie móc je określić, nazwać, jak i przedstawić ich role w projekcie. Problemy są po to, by się uczyć. Gdyby cały projekt przebiegał bezproblemowo, zupełnie składnie i - powiedzielibyśmy - cacy; ile byłby wart?

Kolejną kwestią, ważną wg mnie, jest również fakt, iż o ile projekt bezproblemowy i przebiegający idealnie z planem nie wnosi większych wartości do całego jego zadania, o tyle nie warto robić czegoś, w czym się jest dobrym. Jeśli projekt ma przynieść korzyści osobiste (i nie mówię tutaj o zaliczeniu semestru a o np. satysfakcji), to jaka ona będzie, jeśli zrobimy coś, wykonamy zadanie mechanicznie, z zamkniętymi oczyma; bez włożenia w projekt odrobinę angażu, serca, pracy, poświęcenia...? No właśnie. I do tego właśnie służą m. in. projekty.

Z jednej strony, projekt konstruktywistyczny, to taki, gdzie nie robimy czegoś na siłę; z drugiej, taki, gdzie możemy się wykazać wszechstronnością swoich umiejętności, bowiem to, w czym jesteśmy dobrzy świetnie się przełoży na pracę w grupie; zakładając jednak, że nie wszyscy są dobrze z tej samej dziedziny. I o tym w następnych postach...

Inna rzeczywistość

Wszystko zaczęło się od spraw organizacyjnych; wyjaśnienia, czym są projekty konstruktywistyczne; co mają na celu; jak bardzo są one potrzebne w polskich placówkach szkoleniowych, w życiu codziennym, czy chociażby na zajęciach. Wykładowca, który wprowadził nas w ten świat, w świat cyberprzestrzeni; tłumacząc, iż papier to przeżytek; zmusił nas do zaaklimatyzowania się w tejże 'rzeczywistości', rzeczywistości online. Prowadzący zajęcia wykładał nam tak naprawdę nowe rzeczy; na pytanie, czy zastanawialiśmy się, co to znaczy 'studiować', nikt nie znał odpowiedzi. Jak podaje SJP 'studiować', to:

  • uczyć się na wyższej uczelni,
  • gruntownie poznawać, badać coś,
  • zapoznawać się z czymś, przyglądając się czemuś uważnie lub czytając coś.

Ale, czy to wszelkie możliwe opcje? Studiować. Jak zatem można studiować TI? Liczne przykłady przytaczane przez Oratora obrazowały tę całość, którą później przyszło nam doświadczać. Na własnej skórze. Niejednokrotnie przypłacając łzami (nie mówię tylko o sobie ;P).

Dokumentacja

Jak się okazuje, dokumentacja (czyli to, od czego się zawsze starałam trzymać z daleka) jest nieodłączną częścią projektu grupowego. Nawet jeśli projekt nie spełni oczekiwań i okaże się kompletną klapą i niepowodzeniem, dokumentacja pozwoli wyciągnąć wnioski i zwiększy bagaż doświadczeń. Niestety mój projekt nie posiada dokumentacji, a mimo to, potrzebuję pokazać, że wyciąganie wniosków z niepowodzeń, czy porażek nie jest mi obce. Dlatego też powstał ten blog, gdzie postaram się zobrazować projekt, w którym brałam udział; plany, które nie ujrzały światła dziennego, jak również przyczyny tychże nieosiągniętych celów; jakie zostały nam postawione. Nam - słuchaczom Kolegium Nauczycielskiego na zajęciach o wdzięcznej nazwie: technologie informacyjne.