Zmiana projektu; nasz Prowadzący zaproponował mi pewne rozwiązanie - zmianę mojego projektu. Miałam do wyboru kilka opcji (warto dodać, że wyszło to z inicjatywy poczciwego belfra, nie mojej), wybrałam jednak jedną - mój projekt miał polegać na facylitacji grupy, z którą poprzednio współpracowałam.
Pomysł ten wydawał mi się o tyle ciekawy, ponieważ lubię pomagać, a już miałam lepszy ogląd na bloga. Nie muszę wcale być w centrum, by pomóc (to jedna z ważniejszych rzeczy, które do mnie dotarły). Z jednej strony, mogę pomagać w cieniu; z drugiej, siedząc w cieniu, musiałam się liczyć z tym, że 'tak jakby' nic nie robiłam, bo nie ma tego na żadnym papierku...
Dodatkowo dziewczęta, 'wyrzuciły' mnie ze swojego projektu (czyli prawnie to mnie nie było tam w ogóle; a byłam, prawda). Zostałam na lodzie. Pomagałam im, miałam na celu pozyskać ich zaufanie, a one mnie bez skrupułów wywaliły. Przykre. Zwłaszcza, że moja wiedza na temat rozumienia istoty projektu przyczyniła się do ich zaliczenia i postępów w pracy. I nie mówię tu tylko o wspieraniu duchowym, czy pomocy technicznej, ale nie raz na przeniknięciu do ich umysłów i przedstawieniu im mojej wizji tego, co H. chciał przedstawić i co zapewne przedstawił, a one nie pojęły. Nawet nie mówię o tym, że większość za nie zrobiłam, bo z początku tak było, później pracowały na swój rachunek, ale mimo wszystko - to się nie liczy. Sprawdzi to kto?
Zaktualizowane dnia: 16.01.2009:
Pisząc, iż dziewczęta mnie wyrzuciły, miałam na myśli oczywiście to, że odebrały mi prawa autorskie do umieszczania i edytowania bloga, które nadał mi prowadzący (im również je nadał). natomiast, po moim odejściu z grupy projektowej, po prostu usunęły mnie z autorów Bloga. Nie mogłam już edytować postów, ani zamieszczać tychże, ponieważ nie miałam już uprawnień.
Miałam na celu pozyskać ich zaufanie (już jako facylitator), ale sam fakt iż usunęły mnie z listy autorów bloga świadczy o tym, iż nie udało mi się pozyskać tego zaufania. Co do wiedzy na temat istoty projektu, to dziewczyny wiedziały być może, o co chodzi, ale żadna z nich mi o tym nie poweidziała, a keidy ja mówiłam, o co chodzi, to uważnie słuchały. Jak mogłam sądzić, że wiedzą, skoro nie mówiły tego otwarcie... Moja wizja tego, co prowadzący miał na myśli oczywiście nie zawsze się pokrywała z tym, co rzeczywiście miał na myśli. Natomiast częściej się zgadzało, niż nie. Ale teraz to i tak już nieistotne, wprawdzie. Jedna z dziewczyn zarzuciła mi, że mapka , którą dodałam na blogu - wymieniając ją jako moją pomoc techniczną - była nie taka jak powinna, a później one - nie ja - oberwały za nią.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz