Umiejętność współpracy nie jest cechą wrodzoną; tego się trzeba nauczyć. Nie każdy zatem jest świetnym współpracownikiem, nie każdy potrafi pracować w grupie, nie każdemu taka rola odpowiada... Miałam do czynienia - podczas realizowania projektu w ramach zajęć TI - z bardzo ciekawymi osobowościami. Ankieta, zasugerowała, kim ewentualnie mogłybyśmy być w zespole, jaką pełnić rolę, co robić, jak najlepiej pomóc, jak sprawić, by projekt został zrealizowany. Niestety niefortunnie dziewczęta z Wychowania okazały się być niemal tym samym typem osobowościowym (!) Nie sprzyjało to dobrym relacjom pomiędzy nami, natomiast - w myśl przysłowia - jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Zatem, nie było mowy o zaniechaniu jakichkolwiek prób dotyczących współpracy.
Początkowo, wykorzystując komunikator Gadu-Gadu, później Skype do porozumiewania się z poszczególnymi dziewczętami, mogłam w jaśniejszy i prostszy sposób przekazać pewne myśli, czy uwagi (oczywiście mechanizm działał w obie strony), więc porozumiewanie się w grupie było na początku bardzo swobodne i przynosiło efekty. Jednak z czasem jak dziewczęta traciły jakiejś tam siły we własne możliwości; po rozmowach z Prowadzącym, czuły, że nie dają rady, że im się nie uda, że nie zaliczą, że mają dość... I tu - moja rola się zmieniła - bo było trzeba dotrzeć do nich, by nie załamywały się; ale przecież nie można współpracować z kimś, kto nie chce dalej pracować, kto nie wierzy, że się uda, kto ma czarne myśli... Momentami wydawało mi się, że moja rola, to rola Pocieszyciela, który wspomaga jedynie grupę dziewcząt z NPiWP. Dlatego też tak chętnie podjęłam się innego projektu - facylitacji tej grupy. By pomóc.
Porozumiewałam się głównie z jedną z dziewcząt, pozostawiając jej porozumiewanie w obrębie swoich koleżanek ze specjalizacji. Jest to metoda "rusztowania", którą warto zastosować, kiedy ma się do czynienia z ludźmi nieskorymi do współpracy i ciężkimi do przekonania, iż warto. Najlepiej znaleźć taką osobę, z którą można się dogadać, a ta, nich się dogada z następną. Wszystko pójdzie z planem, aż do momentu, kiedy natrafi się na osobę, z którą nijak się można dogadać; która sprawia wrażenie niezainteresowanej; która nie angażując się zbytnio liczy na zaliczenia przedmiotu. Metoda ta jest dobrym sposobem na rozwiązywanie niektórych problemów; okazała się też świetnym wyjściem w tej konkretnej sytuacji. Przed moją domniemaną facylitacją grupy dziewcząt stosowałam tę metodę. Intuicyjnie, wiedziałam początkowo z kim się dogadam, a z kim nie ma szans. I tak właśnie się toczyło, powolutku dziewczęta zaczęły nabierać wiary w siebie i w to, że projekt może wypalić. Po spotkaniach wymagały pocieszenia i wsparcia. Główna moja pomoc (poza pomocą do spraw technicznych) polegała na rozmowie z dziewczętami i próbie przekonania ich, że TO MA SENS.
Zaktualizowane dnia 16.01.2009
Jedna z dziewcząt zarzuciła mi, iż nie byłam wcale pocieszycielem i że tego nie rozumie, natomiast tej dziewczyny akurat nie musiałam pocieszać, bo świetnie dawała sobie radę i nie tę dziewczynę miałam na myśli. Zarzuciła mi dodatkowo, że oczerniam je, pisząc m. in. to, że są niefortunne. Czyli gorsze, bezrozumne - jej słowa. Natomiast, wydaje mi się, że nie przeczytała uważnie tego posta. Jest napisane: "(...) Niestety niefortunnie dziewczęta z Wychowania okazały się być niemal tym samym typem osobowościowym (...)". Zapytała: "Co to znaczy niefortunne koleżanki z wychowania? Że niby co? Że my jesteśmy gorsze, bezrozumne?", więc grzecznie odpowiadam: "Pisałam o osobowościach, nie o osobach."