piątek, 16 stycznia 2009

Poprawka

W związku z tym, że dziewczęta z Wychowania miały za złe treściom tu zawartych, postanowiłam przeredagować wszystkie posty, a te, które ewentualnie obrazowały ich w nazbyt złym świetle, uzupełniłam o komentarz w poście. Treści poprawione przeze mnie są wyróżnione kolorem czerwonym oraz podana jest data aktualizacji danego posta. Nie wszystkie posty postanowiłam porpawić, bowiem z wszystkimi się zgadzam i dalej uważam, że są napisane zgodnie z prawdą, natomiast, by nikogo nie oczerniać, postanowiłam dodać treść, wyjaśniającą, o co dokładnie mi chodziło. Oczywiście w niektórych postach porpawiłam błędy, bo i takie popełniłam - przyznaję. Poprawy dokonałam zgodnie z własnym sumieniem, ale jednocześnie mając na uwadze to, co pisały poszczególne dziewczyny do mnie prywatnie. Nie jestem pewna, czy dobrym pomysłem jest umieszczać to, co pisały, aczkolwiek przeszło mi to przez myśl. Nie to jestdnak jest teraz najważniejsze.

Wszystkie posty ze sprostowaniami, jakich dokonałam są oetykietowane hasłem: "uzupełnienie". Klikając na tę etykietę, znajdującą się po lewej stronie, wyświetlą się wszystkie poprawione, uzupełnione, skomentowane posty, w których się można było doczepić niesubordynacji z mojej strony.

Kwestia pomocy technicznej

Kwestia pomocy technicznej, z mojego punktu widzenia tyczy się pewnych niuansów braków technicznych, które dziewczęta szybko załapały, ale z początku nie miały pojęcia, jak niektóre rzeczy zrobić. Do pewnych detali i opanowania ich dochodziły z moja pomocą, ale w większości dawały sobie świetnie same radę. Toteż moja pomoc techniczna była w istocie mało znacząca. Aczkolwiek, jako jedyna "pobawiłam się" zdjęciami na picasaweb, ustawieniem migającego banera, czy innymi narzędziami. Może jest to małoodczuwalne ze względu na to, iż dziewczęta same nie próbowały się zajmować takimi gadżetami, toteż nie mam im za złe tego, iż uważają, że nie wniosłam wiele pomocy technicznej w projekt. Ale sama nabyłam wiele doświadczenia pod względem technicznym, wyorzystując właśnie opcje, z którymi się zetnkęłam. A to z kolei bardzo mnie zainteresowało.

Dla ciekawości dodam jedynie, że w projekt może nie wniosłam wiele technicznych newsów, natomiast nauczyłam się czegoś nowego: niektórych skryptów kodu HTML, bez których nie udałoby mi się pewnych spraw załatwić i naprawić; poznałam działanie Picasaweb; nauczyłam się korzystać z różnych gadżetów i narzędzi Google'a, takich jak np. kalendarz, czytnik, grupy dyskusyjne, czy witryny. Oczywiście korzystam z dokumentów Google'a, ale z nimi się każdy z nas spotkał na początku zajęć z Technologii Informacyjnych. Niedawno rozgryzłam problem, który mi nie spędzał snu z powiek, ale w końcu udało mi się "pokonać" przeszkody w Analytics :D Lubię to, a własną witrynę, którą udostępniłam studentom z pierwszego roku matematyki, uważam za jedno z niewielu rzeczy, które mi się ostatni oudały :-) Nie mogę nazwać tego sukcesem, natomiast jestem z powodu istnienia tej witryny zadowolona i czerpię radość z tego, że nie tylko ja ją użytkuję :-) Być może kiedyś stanie się jakimś znaczącym i często odwiedzanym serwisem przez studentów mojej specjalizacji; być może znajdę jeszcze lepsze zastosowanie witryny do stworzenia swoistego serwisu społecznościowgo... Obecnie planuję wykorzystać witryny Google'a do różnych celów i sprawdzić, do jakich się nadają, a do jakich nie. Ale to już inna bajka.
Wracając jednak do sedna, pomocy - jakiejkolwiek - zawsze chętnie udzielałam dziewczętom, jeśli o nią poprosiły; nie raz udzielałam, nie proszona o nią. Ale spotykałam się z wdzięcznością. Nie mogę więc napisać, że nie pomagałam, prawda? A jeśli się któraś dalej zapiera, że tak nie było; że nie pomagałam; że się nijak przyczyniłam do ich zaliczenia; że byłam zbędnym piątym kołem u wozu; itp., to pozostawiam to im sumieniom.

Pod ostrzałem

Po opublikowaniu mojego opisu końcowego na stronie Pana Hojnackiego, dziewczęta, z którymi współpracowałam, mają mi za złe słów tam użytych. Zastanawiam się, dlaczego i jak bardzo powinnam, czy też wypadałoby (choć nie lubię tego słowa) zmodyfikować treści na tym blogu. Oczywiście reakcje dziewczyn nie miały miejsca tu, lecz prywatnie: za pomocą komunikatora gadu-gadu. Zastanawiam się, czy oburzenie, jakie wywołałam tymi moimi spostrzeżeniami na temat całego projektu, nie powinny się znajdować właśnie tutaj, na blogu. Zastanawiam się, czy nie zacytować koleżanek, które tak chętnie oskarżają mnie o kłamstwo, o oczernianie ich samych. Oczywiście nie miałam na celu nikogo oczerniać. Natomiast, najpierw przeredaguję i przeczytam jeszcze raz moje posty, być może rzeczywiście spostrzeżenia są nazbyt subiektywne i jednostronne. Aczkolwiek, wydawało mi się, że potrafię obiektywnie ocenić sytuacje... Cóż... Być może się mylę, nie mówię, że nie.
Projekt nadal nie został zakończony (przynajmniej dla mnie).

Jeśli uraziłam (a ewidentnie dziewczyny się czują obrażone przeze mnie), przepraszam. Równie publicznie, jak i publicznie je przedstawiłam w złym świetle.

środa, 14 stycznia 2009

Projekt grupowy

Projektem grupowym nie nazwiemy jedynie projektu, w którym oficjalnie bierze udział grupa studentów. Projektem grupowym nazwiemy również grupę jednoosobową. Teoretycznie, ja chciałam tworzyć taką grupę od początku, natomiast zostały mi "przydzielone" dziewczęta z Wychowania, zatem, chcąc nie chcąc, było trzeba się poznać, zacząć współpracować, itp. Jednak, projekt grupowy może dotyczyć jednej osoby (praktycznie, mój projekt jest jednoosobowy, bo dziewczęta mają zaliczenie za inny projekt, zatem nie mogąc być w dwóch miejscach jednocześnie, nie należą do mojej grupy. Inaczej: nie tworzą ze mną grupy.
Projekt ma za zadanie nauczyć również współpracy, komunikacji (takiej, by była efektywna). Zatem, nie mając teoretycznie współpracowników, mogę ich nabyć :) Nie będą to osoby, które byłyby oceniane na przedmiocie i rozliczane z zadań, które sobie wyznaczyły, ale można pozyskać współpracowników poza obrębem zaliczeniowym. I tak, można tworzyć grupę projektową jednoosobową, mając całe grono wolontariuszy za plecami. A to również jest metoda i również o to chodzi, by umieć sobie pomóc. Niekoniecznie własnymi rękoma. Nie sztuką jest umieć wszystko, sztuką jest umiejętnie wykorzystać fakt, iż ktoś coś umie od nas lepiej i współpracować z nim.

Umiejętność współpracy

Umiejętność współpracy nie jest cechą wrodzoną; tego się trzeba nauczyć. Nie każdy zatem jest świetnym współpracownikiem, nie każdy potrafi pracować w grupie, nie każdemu taka rola odpowiada... Miałam do czynienia - podczas realizowania projektu w ramach zajęć TI - z bardzo ciekawymi osobowościami. Ankieta, zasugerowała, kim ewentualnie mogłybyśmy być w zespole, jaką pełnić rolę, co robić, jak najlepiej pomóc, jak sprawić, by projekt został zrealizowany. Niestety niefortunnie dziewczęta z Wychowania okazały się być niemal tym samym typem osobowościowym (!) Nie sprzyjało to dobrym relacjom pomiędzy nami, natomiast - w myśl przysłowia - jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. Zatem, nie było mowy o zaniechaniu jakichkolwiek prób dotyczących współpracy.
Początkowo, wykorzystując komunikator Gadu-Gadu, później Skype do porozumiewania się z poszczególnymi dziewczętami, mogłam w jaśniejszy i prostszy sposób przekazać pewne myśli, czy uwagi (oczywiście mechanizm działał w obie strony), więc porozumiewanie się w grupie było na początku bardzo swobodne i przynosiło efekty. Jednak z czasem jak dziewczęta traciły jakiejś tam siły we własne możliwości; po rozmowach z Prowadzącym, czuły, że nie dają rady, że im się nie uda, że nie zaliczą, że mają dość... I tu - moja rola się zmieniła - bo było trzeba dotrzeć do nich, by nie załamywały się; ale przecież nie można współpracować z kimś, kto nie chce dalej pracować, kto nie wierzy, że się uda, kto ma czarne myśli... Momentami wydawało mi się, że moja rola, to rola Pocieszyciela, który wspomaga jedynie grupę dziewcząt z NPiWP. Dlatego też tak chętnie podjęłam się innego projektu - facylitacji tej grupy. By pomóc.
Porozumiewałam się głównie z jedną z dziewcząt, pozostawiając jej porozumiewanie w obrębie swoich koleżanek ze specjalizacji. Jest to metoda "rusztowania", którą warto zastosować, kiedy ma się do czynienia z ludźmi nieskorymi do współpracy i ciężkimi do przekonania, iż warto. Najlepiej znaleźć taką osobę, z którą można się dogadać, a ta, nich się dogada z następną. Wszystko pójdzie z planem, aż do momentu, kiedy natrafi się na osobę, z którą nijak się można dogadać; która sprawia wrażenie niezainteresowanej; która nie angażując się zbytnio liczy na zaliczenia przedmiotu. Metoda ta jest dobrym sposobem na rozwiązywanie niektórych problemów; okazała się też świetnym wyjściem w tej konkretnej sytuacji. Przed moją domniemaną facylitacją grupy dziewcząt stosowałam tę metodę. Intuicyjnie, wiedziałam początkowo z kim się dogadam, a z kim nie ma szans. I tak właśnie się toczyło, powolutku dziewczęta zaczęły nabierać wiary w siebie i w to, że projekt może wypalić. Po spotkaniach wymagały pocieszenia i wsparcia. Główna moja pomoc (poza pomocą do spraw technicznych) polegała na rozmowie z dziewczętami i próbie przekonania ich, że TO MA SENS.

Zaktualizowane dnia 16.01.2009

Jedna z dziewcząt zarzuciła mi, iż nie byłam wcale pocieszycielem i że tego nie rozumie, natomiast tej dziewczyny akurat nie musiałam pocieszać, bo świetnie dawała sobie radę i nie tę dziewczynę miałam na myśli. Zarzuciła mi dodatkowo, że oczerniam je, pisząc m. in. to, że są niefortunne. Czyli gorsze, bezrozumne - jej słowa. Natomiast, wydaje mi się, że nie przeczytała uważnie tego posta. Jest napisane: "(...) Niestety niefortunnie dziewczęta z Wychowania okazały się być niemal tym samym typem osobowościowym (...)". Zapytała: "Co to znaczy niefortunne koleżanki z wychowania? Że niby co? Że my jesteśmy gorsze, bezrozumne?", więc grzecznie odpowiadam: "Pisałam o osobowościach, nie o osobach."

Projekt grupowy - obiecany post

Czym jest projekt grupowy? Projekt konstruktywistyczny, o czym moje współpracowniczki nie miały bladego pojęcia przez długi czas, zanim im uświadomiłam, że tak naprawdę nie chodzi o pisanie bloga... Czym jest? Ten wywiad wszystko wyjaśni. Sama długo dochodziłam kwint esencji projektu, jednak uzmysłowienie sobie tego faktu znacznie zmieniło moje podejście do zadania. Dziewczętom przypisano osobowości, które potrzebują bardzo długiego czasu, by zacząć działać. W dodatku, ich postrzeganie wszystkiego wokół, budziło lęk przed zajęciami; stawiając Prowadzącego na złej pozycji w ich relacji... Co powodowało błędny osąd tych dziewcząt o samym Prowazącym i całym projekcie. Prowadzący nie jest Mistrzem - jak sam mówi.

środa, 7 stycznia 2009

Zero wdziecznosci (poprawka)

No cóż... Taka rola facylitatora, że nie zawsze uda się jemu doprowadzić do lepszego działania obiektu, na którym pracował. Mi (ani jako współpracownikowi , ani jako domniemanemu facylitatorowi) nie udało się spełnić jego roli.
Jednak, jako członek zespołu, pomogłam dziewczętom uporać się ze sprawami technicznymi, z umieszczaniem postów i gadżetów (co było o dziwo dla nich trudne), z porozumiewaniem się pomiędzy sobą; z tłumaczeniem "z polskiego na nasze", a w podzięce wyrzuciły mnie z członków zespołu; usunęły z autorów bloga; odebrały mi wcześniej nadane prawa... Cóż...

Zaktualizowane dnia 16.01.2009

Oczywiście z zamierzenia posta miał być zarzutem i nim jest. Nie zmienię jego treści, bo przemawiały przeze mnie właśnie takie emocje. I kropka.

Wyciaganie wnioskow

Każdemu niedoświadczonemu członkowi zespołu projektu grupowego, który wcześniej nie miał do czynienia z tego typu przedsięwzięciem, ciężko jest wyciągać wnioski, skoro nawet nie widzi się istoty projektu. Nie tak łatwo współpracuje się z kimś, kto nie rozumie istoty projektu. Mi samej trochę czasu zajęło, zanim zrozumiałam jej istotę; jednak od momentu zrozumienia, gdy już wszystko zaczynało się lepiej układać i wydawało się, że wszystko już pójdzie z płatka.
Niestety... Dziewczyny zmieniły po raz kolejny projekt. Zmieniły (i nie wiem, czy to był ich pomysł, czy sugestia Prowadzącego) projekt na taki, w którym "poprawiały" popełnione błędy na blogu Kolegium. Jeśli post był zły lub jeśli coś się nie udało - pisały, co było złe, jaki popełniły błąd. itd. Projekt jakby nowy, ale oparty o ten, który (niby) nie wypalił. Jednak dziewczyny nabyły doświadczenia i uwierzyły w to, że mogą zaliczyć semestr :)
Btw., pisała do mnie ostatnio jedna z tych dziewcząt, a zapytana o to, jak wyglądała rozmowa końcowa projektu, powiedziała mi, że Prowadzący pochwalił je. I widać, że są teraz zadowolone z siebie i swojej pracy. I o to również chodzi :)

Krytyka jest "zła"...

Jak można się łatwo spodziewać, krytyka nie zawsze jest odbierana pozytywnie, natomiast, jeśli mowa o projektach grupowych, krytyka jest jednym z ważniejszych motorów napędowych, które pozwalają na doskonalenie projektu oraz wychwytanie błędów. Jednak krytyka w większości przypadków kojarzy nam się z czymś, co przeszkadza, a nie pomaga. I właśnie tak myślały moje współpracowniczki, dla których słowo krytyki było jednym z większych przeszkód pracy. Jak łatwo wątpiły, że robi coś fajnego i coś, z czego mogą czerpać radość. Wystarczyło jedno słowo (np. w komentarzach), by dziewczęta miały smutne twarze i pałały niechęcią, nie tylko do Prowadzącego, ale również do całego projektu, do szkoły, do czegokolwiek.

Nie wiem, czy to wynika z ich niskiej samooceny, czy z braku wiary we własne możliwości, to jeszcze motywacja, jaką stosował Prowadzący, była na tyle specyficzna, że nie było mowy o tym, by dziewczęta zrozumiały jego zamierzenia i chęć pomocy. Jako facylitator, nie miał on robić czegoś zamiast nas, ale nakierować nas na taką drogę, by wykonać projekt.
Ponadto, krytyka w projektach grupowych ma za zadanie wskazanie niedociągnięć po to, by je eliminować. Nie po to, by ośmieszyć członków zespołu, ale po to, by pomóc.

czwartek, 1 stycznia 2009

Podobnie kontrakt (naruszenie zasad)

Podobnie. To, co potrafiłyśmy wspólnie uzupełnić, to te rubryki, które dotyczyły nas personalnie np. rola w zespole, wynik ankiety. I tyle. Plan, cele, itp. - leżały odłogiem, puste. Bez pomocy Prowadzącego nic by tam nie było. A tak - narzucił nam niektóre rzeczy i byłoby wszystko O.K., tylko że nie stosowałyśmy się do tego. Mało tego doszło do naruszenia zasad!
Po podpisaniu już kontraktu (niepełnego; a zgodził się na to Prowadzący tylko i wyłącznie dlatego, bo uważałyśmy, że nie możemy pracować bez kontraktu), który notabene nie był NAJważniejszy, zmieniłyśmy jego brzmienie. Czyli naruszyłyśmy zasady. Okłamałyśmy Prowadzącego, który zawarł z nami umowę. Efektem tego było to, że nie chciał już z nami współpracować. Nieważne, kto zmienił brzmienie tychże rubryk (ale nie byłam to ja), bo po prostu: zespół to zespół, wszystkie byłyśmy winne.
W późniejszym okresie, dziewczęta (już beze mnie, jako członka, ale ze mną, jako facylitatorem) renegocjowały kontrakt, bowiem Prowadzący zgodził się na naprawienie naszych błędów i wyraził zgodę, aby pomóc nam je naprawić. Dziewczęta jednak znowu wyszły załamane z tego spotkania. Nie rozumiały sposobu motywacji Prowadzącego. Z moją pomocą udało im się nieco bardziej zrozumieć sposób nakłonienia ich do refleksji. Nigdzie jednak tego nie uwzględniły, czyli moja pomoc była z powietrza, a później się w nim rozpłynęła?

Plan

Nasz plan, kontrakt i harmonogram to jedna wielka pomyłka. Można zrobic projekt bez harmonogramu, ale z nim jest o wiele łatwiej. A tak po prawdzie, to harmonogram pomaga samozaparciu. Jak coś sobie postanowimy i podzielimy się tym z innymi, mamy motywację do wywiązania się z obietnicy. Bo - bądź co bądź - jest to jakiegoś typu obietnica. Dane słowo. Jakaś inwestycja, o której wiedzą inni i czekają na rozwiązanie.
Nam nie udało się nawet stworzyć konkretnych obietnic. Bez pomocy Prowadzącego nawet nie napisałybyśmy celów. Nie wiedziałyśmy, jakie są cele takiego projektu. Same natomiast, nie umiałyśmy wiele wymyślić. Tak, "na już" jest bardzo ciężko (zwłaszcza takiej "nieróżnowartościowej osobowościowo" grupie) wymyślić cele, czy plan.
Dziewczyna, którą wyznaczyłam na robienie dokumentacji, w ogóle nie widziała o co chodzi i jak się za to zabrać. Ale największy problem powstał w miejscu, gdzie tłumacząc jej, o co chodzi, ona kiwała głową na 'tak'; a po spotkaniu ze mną, skarżyła się reszcie grupy, że nie rozumie. Cóż... Nie potrafiła mi o tym otwarcie powiedzieć, więc nie mogłyśmy tego problemu zażegnać. Ona narzekała za moimi plecami, a tylko ja mniej więcej wiedziałam, jak można zrobić harmonogram.
Z początku był zły, z czasem jednak wiedziałam, co należy ująć w tym dokumencie. Chciałam się tym podzielić z dziewczyną, która nie zrezygnowała ze swej roli, jednak nie miała pojęcia JAK go napisać i jaką powinien mieć postać.
I tu znów, nasza inwencja twórcza miała szansę zaistnieć, bo Prowadzący nie powiedział nam, JAK ma wyglądać. Bowiem, harmonogram jest po to, byśmy MY mogły się do niego stosować i wypunktować niesubordynację członków zespołu. Jeśli ktoś się nie wywiązywał z danego zamierzenia, obrywał 'po punktach'. My nie miałyśmy się czego trzymać, bo harmonogram w rzeczywistym rozumieniu harmonogramu nie powstał.

Każdy sobie...

Kolejnym błędem, jaki napotkałyśmy na drodze, był błąd nie-organizacji (i nie tylko mowa o dokumentacji). Jeśli chodzi o publikowanie, to każda z nas chciała pisać, ale każda pisała o czyms innym, a to spowodowało bałagan na blogu. Bo nijak się miały do siebie tematy postów. Wrzucone wszystko do jednego worka. A nie o to chodziło, żeby publikować najwięcej, jak się da, tylko, żeby to skupiało wokół siebie czytelników. Wynikało to z braku dobrego i dobrze zorganizowanego kontraktu z zawartymi tam rolami w zespole. Nie trzymałyśmy się tego, co same sobie 'narzuciłyśmy'. Osoba odpowiedzialna za publikacje nie zajmowała się tym, co miała, itd.
Niestosowanie się do kontraktu (a właściwie do tego, co było tam napisane), mogłoby się udać, ale nie takim kosztem, że jedna czy dwie osoby coś robią, a reszta tylko patrzy i narzeka. Niestety nie miało to szansy bytu.
Po to są role w zespole, by się nimi kierować, sugerować i podzielić. Wiadomo, że można sobie pomagać (i na tym polega współpraca), jednakże POMAGAĆ, a nie ROBIĆ ZAmiast kogoś).

Rozmowy z Prowadzacym

Zasady, jakie obowiązywały, to takie, że Prowadzący miał rozmawiać z osobą za to odpowiedzialną. Jedną osobą, a nie całą grupą. I tyko po to, żeby nie powtarzać tego samego kilkanaście razy. Taką osobą w naszej grupie projektowej byłam ja. Z początku dziewczyny mówiły, że one na pewno nie będą za to odpowiedzialne, bo się go boją - przyznały szczerze. I każda z osobna potwierdziła mi tę jej postawę. Wmawiały sobie wzajemnie, że ja się dobrze z nim rozumiem i wiem, o czym mówi. O.K. rozumiem, ale co z tego, jeśli im to trzeba było tłumaczyć na język prostego człowieka, nieskłonnego do głębszych przemyśleń? No cóż. Dla dobra grupy postanowiłam pełnić tę funkcję. Nie wiedziałam, że do dziewczyn będzie przemawiać jedynie to, że przy wskazaniu błędu palcem i wytłumaczeniu , że tak naprawdę nie chodzi o posty... Ale taki już urok bycia za coś odpowiedzialną. Tylko taki rodzaj przekazywania informacji był możliwy, żeby cokolwiek zadziałało.
Podjęłam decyzję: mówić im co jest na rzeczy, na konkretnych przykładach. Mimo iż kłóciło mi się to z całym istnieniem projektu grupowego. Mniejsza o to. Tego wymagała współpraca z dziewczętami. I taki był - widocznie - koszt mojej roli.

Wspólny język

Jedna z podstawowych czynności, umożliwiających jakąkolwiek współpracę, to nadawanie na tych samych (lub chociaż podobnych) falach. Z dziewczynami z Wychowania nie dało się czasem dogadać. I nie wiem, czy to moja wina, czy ich. Po prostu nie nadawałyśmy na tych samych falach. Niekiedy nawet nie były one podobne. Raczej bardzo się różniące. Nie rozumiały prostych błędów, nie potrafiły ich naprawić, nawet, jeśli się je im wskazało palcem. Nie były skłonne do refleksji (pewnie dlatego, że cały czas się docierały). Może nie umiały się odnaleźć w sytuacji. Uważały, że nie wiedzą, o co chodzi Panu Prowadzącemu; nie rozumiały jego słów i licznych porównań, anegdot. Nie rozumiały kwint esencji projektu. Nie mówię, że ja rozumiałam od samego początku. Też mi trochę czasu zeszło na zrozumieniu sensu całej tej imprezy, ale jednak rozmowy (a kilka ich było) z Prowadzącym dały rezultaty i zrozumiałam w niedługim czasie o co chodzi. Tylko, że pojawił się problem typu: "jak tego - co ja już wiem - nauczyć dziewczyny?" Nie były skore do rozmów z Wykładowcą. Bały się spotkań z nim. Stresowały się przed każdą, która miała nastąpić.
Przekonując ich, że on chce nam pomóc, a rozmowy z nim wiele wnoszą, nakłoniłam ich do częstszego rozmyślania (i głębszego) na temat jego porównań. Poza tym, starałam się nakłonić je do refleksji. Żeby przemyślały, czy aby na pewno to, co zrobiły jest dobre i czy tego chcą czytelnicy... Czasem miałam wrażenie, że już pojęły istotę projektu, ale to znów po kolejnej ich rozmowie z Opiekunem dochodziłam do wniosku, że jednak nie wiedzą. Ich nastrój po konwersacji był zazwyczaj zły, a one same - załamane. Jak same mówiły, nie wiedziały, o co mu (Prowadzącemu) chodzi, a już na pewno "i tak się czegoś uczepi i coś mu się nie spodoba". Takie nastawienie nie budziło wątpliwości, że jednak się bały starcia z nim. Już nie mówiąc o spotkaniu w cztery oczy. Przeważnie chodziły do niego grupką. A nie takie były zasady.

Osobowosci

Dobry projekt grupowy najlepiej powinien się składać z członków o różnych osobowościach. A wszystko po to, by się uzupełniać, a nie wchodzić sobie w drogę. Jeśli ktoś jest w czyms dobry, to powinien się tym zająć, w czym się się czuje najlepiej. Co będzie jeśli będzie więcej członków tego samego 'typu'? Albo podzielą się pracą o ile ta będzie tego wymagać (jeśli jest obserna) lub będą sobie wchodzić w paradę (jeśli każde z nich ma swój własny pomysł na wykonanie tej pracy).
Różnorodność charakterów i osobowości sprzyja udanemu kontraktowi. Nie znaczy to jednak, że kontrakt nie uda się, jeśli uczestniczą w nim te same osobowości członków. Natomiast jest on wtedy o wiele trudniejszy do zrealizowania.
Jeśli chodzi nasz projekt, to trafiłam na wyjątkowo ciężką do współpracy (metodą konstruktywistyczną) osoby. Każda z nich była tego samego typu. Niewiele się różniąc (drugim z kolei) wynikiem ankiety. Mało tego, Kształtujący bardzo długo się docierają. Bardzo długo dochodzą do porozumień i ciężko jest ich nastawić pozytywnie i sprężyć do działania na "już". Ja trafiłam na taka właśnie grupę, co uniemożliwiło (współ)pracę.