Jedna z podstawowych czynności, umożliwiających jakąkolwiek współpracę, to nadawanie na tych samych (lub chociaż podobnych) falach. Z dziewczynami z Wychowania nie dało się czasem dogadać. I nie wiem, czy to moja wina, czy ich. Po prostu nie nadawałyśmy na tych samych falach. Niekiedy nawet nie były one podobne. Raczej bardzo się różniące. Nie rozumiały prostych błędów, nie potrafiły ich naprawić, nawet, jeśli się je im wskazało palcem. Nie były skłonne do refleksji (pewnie dlatego, że cały czas się docierały). Może nie umiały się odnaleźć w sytuacji. Uważały, że nie wiedzą, o co chodzi Panu Prowadzącemu; nie rozumiały jego słów i licznych porównań, anegdot. Nie rozumiały kwint esencji projektu. Nie mówię, że ja rozumiałam od samego początku. Też mi trochę czasu zeszło na zrozumieniu sensu całej tej imprezy, ale jednak rozmowy (a kilka ich było) z Prowadzącym dały rezultaty i zrozumiałam w niedługim czasie o co chodzi. Tylko, że pojawił się problem typu: "jak tego - co ja już wiem - nauczyć dziewczyny?" Nie były skore do rozmów z Wykładowcą. Bały się spotkań z nim. Stresowały się przed każdą, która miała nastąpić.
Przekonując ich, że on chce nam pomóc, a rozmowy z nim wiele wnoszą, nakłoniłam ich do częstszego rozmyślania (i głębszego) na temat jego porównań. Poza tym, starałam się nakłonić je do refleksji. Żeby przemyślały, czy aby na pewno to, co zrobiły jest dobre i czy tego chcą czytelnicy... Czasem miałam wrażenie, że już pojęły istotę projektu, ale to znów po kolejnej ich rozmowie z Opiekunem dochodziłam do wniosku, że jednak nie wiedzą. Ich nastrój po konwersacji był zazwyczaj zły, a one same - załamane. Jak same mówiły, nie wiedziały, o co mu (Prowadzącemu) chodzi, a już na pewno "i tak się czegoś uczepi i coś mu się nie spodoba". Takie nastawienie nie budziło wątpliwości, że jednak się bały starcia z nim. Już nie mówiąc o spotkaniu w cztery oczy. Przeważnie chodziły do niego grupką. A nie takie były zasady.
Przekonując ich, że on chce nam pomóc, a rozmowy z nim wiele wnoszą, nakłoniłam ich do częstszego rozmyślania (i głębszego) na temat jego porównań. Poza tym, starałam się nakłonić je do refleksji. Żeby przemyślały, czy aby na pewno to, co zrobiły jest dobre i czy tego chcą czytelnicy... Czasem miałam wrażenie, że już pojęły istotę projektu, ale to znów po kolejnej ich rozmowie z Opiekunem dochodziłam do wniosku, że jednak nie wiedzą. Ich nastrój po konwersacji był zazwyczaj zły, a one same - załamane. Jak same mówiły, nie wiedziały, o co mu (Prowadzącemu) chodzi, a już na pewno "i tak się czegoś uczepi i coś mu się nie spodoba". Takie nastawienie nie budziło wątpliwości, że jednak się bały starcia z nim. Już nie mówiąc o spotkaniu w cztery oczy. Przeważnie chodziły do niego grupką. A nie takie były zasady.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz